środa, 10 czerwca 2009

Nie karcę się i nie obwiniam

Byłam w kościele.

Może siódmy, może dziewiąty może liczniejszy raz w życiu. Okazja była radosna. Bliska mi osoba z sobie bliską osobą - wspaniałym człowiekiem - deklarowali sobie miłość na całe życie.

Kapłan oznajmił nam wszystkim, że jesteśmy wielkimi grzesznikami i winniśmy się tłuc w piersi, tak wielkie są nasze winy. Kilkukrotnie przekonywał, że strach i ukorzenie zbliży nas do Boga.
Liczna grupa żywych, szczęśliwych ludzi spuściła smętnie wzrok przyznając się do bardzo wielkiej winy.
Co oni wszyscy takiego złego zrobili?

A ja od wielu lat uparcie i cierpliwie przekonuję swoje niesforne ego, że nie można się tak za wszystko obwiniać, że w życiu trzeba radośnie i otwarcie. Przebaczenie - taka chrześcijańska wartość - zaczynam od siebie.

Dlatego tak bardzo mi nie po drodze do kościoła - idę w przeciwnym kierunku. Czasem odwiedzam tam moich bliskich, ale te miejsca zawsze będą dla mnie chorobliwie chłodne i puste.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz