sobota, 17 października 2009

kolejna sobota

Wstałam po 13.00, zajrzałam do lodówki w poszukiwaniu czegoś co zapełni pustkę we mnie. Jajka, masło, pół kubeczka śmietany, mleko, żółty wędzony ser. Otworzyłam szafkę: soja, makaron, gorące kubki, płatki owsiane, wiórki kokosowe. Druga szafka: herbata, mąka, cukier, kakao.
Wyjęłam dużą patelnie, postawiłam na ogniu. Miskę do robota i kubeczek. Z lodówki trzy jajka, malutkie, białka do miski, żółtka do kubeczka. Do białek szczyptę soli morskiej, resztę zleciłam robotowi – ubij mi ubij sztywną pianę białkową, która zapełni tę straszną pustkę we mnie. Patelnia pachniała gorącą patelnią, wrzuciłam na nią paczkę wiórków kokosowych. Do żółtek wsypałam cukier i zaczęłam ucierać kogel mogiel. Na przemian mieszam wiórki i ucieram żółtka z cukrem, słodki zapach zaczyna łagodzić mój początek dnia. Wiórki, pachnące, rumiane i chrupiące przerzucam do miski. Gorącą patelnię zestawiam z ognia i wrzucam na nią spory kawałek masła, szybkim ruchem patelni skłaniam masło do obrotów, z każdym okrążeniem jest coraz mniejsze, rozpływa się mieszając z resztkami kokosa. Ucieram dalej żółtka, ale nadgarstki już mi odmawiają posłuszeństwa. W przeciwieństwie do robota, który ambitnie podszedł do spełniania moich błagalnych próśb. Do żółtek wsypuję szczyptę sody – sodo sodo zrób z tych żółtek słodką pianę, która zapełni tę straszną pustkę we mnie.
Do piany wrzucam śmietanę, gęstą, żółtą, tłustą, kwaśną. Wlewam masło, pachnące, tłuste, maślane. Robot miesza, dolewam słodką pianę żółtkową, resztki zbieram palcem, całą długością, żeby ani kropelki nie zostawić, bo pustka jest ogromna. Robot cierpliwie i delikatnie łączy moje zachcianki, dorzucam jeszcze trochę rumianych wiórków i cztery małe łyżeczki mąki. Mieszaj mieszaj, a ja tym czasem patelnię wstawię na ogień i wrzucę jeszcze trochę masła. Masło się rozpłynęło, a na masło popłynęła słodka piana, zdawałoby się że sam zapach mógłby wypełnić słodyczą, ale nie tym razem. Delikatnie przypiekam moją słodycz, dbając o odpowiednią temperaturę i równomierne przypiekanie. W odpowiednim momencie przerzucam na drugą stronę. Prawie się udało, pomagam sobie palcami, pieką teraz przy uderzeniach o klawiaturę, ale całość jest całością, nic się nie rozpadło. Wyjmuję duży talerz, po chwili przerzucam na niego słodkie upieczone coś, co ma uratować mój dzień. Wyjmuję nóż i widelec. Bardzo delikatne, bardzo pyszne i dużo. Przypomniałam sobie o zamrażalniku. Pół pudełka lodów tiramisu. Dwie gałki na talerz. Teraz jest pełnia.
Czy w samotności powinno się robić takie rzeczy? Nigella to robi.
Ale nie poczułam się pełniejsza.

Wybieram się po butelkę wina. Jedna na jedną.

wtorek, 29 września 2009

ilu trzeba wyzbyć się skrupułów, by zasłużyć na łut szczęścia?

ktoś kiedyś mnie o to zapytał i znalazłam rozwiązanie.

na nic mi ono.

niedziela, 28 czerwca 2009

Życie na później

Nie mogę spokojnie patrzeć, na ludzi, którzy "odkładają na później". Związki? Nie mam czasu, może trochę później. Podróże? Jak się trochę ustawię, ustabilizuję. Dzieci? Może za rok, za dwa, może dziesięć. A co teraz? No, wiadomo, praca, żeby się ustabilizować. Ciekawa praca? Nie, może później. Jak będzie już stabilizacja, to wtedy otworzę własny biznes i będę robić to, co chcę. Tylko kiedy?

No, później.

Na lodówce w moim mieszkaniu, które zamieszkują dwie duże i dwie małe dziewczyny zawisła kiedyś kartka: "jedzeniostop od 20.00" podpisana przez trzy z czterech lokatorek. Ale jako, że pierwszego dnia, wyjątkowo sprzeczny był ten apel z naszymi apetytami i zawartością lodówki, na kartce powstał dopisek "od jutra". I tak kartka wisiała, tygodniami, codziennie mówiąc nam: od jutra, od jutra, od jutra, aż wizja zmiany w trybie żywieniowym straciła jakąkolwiek wiarygodność. Świstek papieru trafił do recyclingu i tyle było z tego korzyści.

To odkładanie życia na później, mimo, że ściśle związane z finansami, nie przekłada się jakoś na odkładanie pieniędzy. Kredyt bierzemy tu i teraz, a płacenie przesuwamy na później.

Nie wierzę w "na później". Bo przecież nie ma żadnego później, mamy tylko to co teraz. Oszczędzać życie? Bardzo ciężko oszczędzać życie tak, żeby jego wartość wzrastała. A raczej niemożliwe.

Zakopywanie talentów jest czystym szaleństwem.

A można inaczej: żyć hojnie, myśleć rozrzutnie, dzieci rodzić spontanicznie, a kochać wylewnie.
Oszczędności natomiast zostawić w obrębie konta bankowego.

Dwa lata temu szukałam pracy. Zdecydowałam się na nią, bo droga do miejsca pracy była zielona i z daleka od hałasów.
To było dobre kryterium wyboru.

Teraz mam dwie inne prace. Zastanawiałam się ostatnio, czy gdybym była bogaczem i nie musiałabym zarabiać, to czy chciałabym coś takiego robić?

Tak, mogłabym to dalej robić. Oczywiście nie w takim wymiarze, bo przecież musiałoby mi starczyć czasu na wiele wiele innych rzeczy, na które teraz czasu mi brakuje. Ale mogłabym to robić, ma to dla mnie sens.
A co z ludźmi, którzy wygrywając w totka krzyknęli by swojej pracy "nigdy więcej"? Co oni sobie wyobrażają spędzając tam większość swojego życia?

Nie rozumiem takiej inwestycji.

Talentami sypię dookoła..

a one wracają i wracają

czasem jak bumerangi

częściej jak plony.


W kwestii stabilizacji: nie lubię tracić równowagi, ale wolę nauczyć się stabilnego chodzenia po linie, niż zatapiania nóg w betonie.

wtorek, 16 czerwca 2009

Spotkania rodzinne

Mój tata pisze kolejną książkę. O rzeczywistości w której żyjemy w uogólnieniu. I taką myśl wysnuł, że komputeryzacja zmieniła całkowicie naszą rzeczywistość. Doświadczenie, które ludzkość zdobywała latami jest zapominane w zawrotnym tempie. Nie ma już rzemiosł, do wszystkiego potrzebny jest tylko komputer, znikają zawody, które były przekazywane z pokolenia na pokolenie przez długie lata. Z tego faktu wynika nieodparta potrzeba wrzucania wszystkiego na youtube i wikipedię. I tak rozpoczęliśmy rodzinne poszukiwania: czy gdybyśmy nie wiedzieli jak zacerować skarpetę, to czy możemy się tego dowiedzieć? "cerowanie skarpet", "jak zacerować skarpetę" "jak się ceruje skarpety" - nic. Tylko garstka żartów na temat życia po ślubie i uroku bycia panią domu.
Ale "how to darn a sock" było wystarczającym hasłem. I tak obejrzelismy rodzinnie serię amerykańskich prezentacji cerowania skarpet - wow! wiedza nie umarła, jest ok. Ale żadna z pań z youtube nie robiła tego tak dobrze jak moja babcia, ba! mama nawet. Pewnie moja córka za 10 lat poleci do swojej babci z kamerą i wrzuci na youtube coś bardziej professional. Ale ile jest takich rzeczy, których już nigdy nie zobaczymy? Więc jeżeli umiesz robić coś, do czego nie jest potrzebna większa technologia, a tylko ludzka wiedza, to podziel się tym z ludzkoscią. Tylko czy umiesz się tym podzielić bez użycia komputera? Z tym już gorzej.
Ja np niedługo chyba wrzucę na youtube filmik pt jak zrobic ciasto na pierogi bez użycia robota? Tylko najpierw musiałabym się tego dowiedzieć. Może zaczekam, aż moja córka z kamerą pójdzie do babci.

piątek, 12 czerwca 2009

Pieniądze to taka bardzo dziwna substancja, przeciekająca przez palce. W zasadzie doszłam do wniosku, że one nigdy nie były, nie są i nie będą moje. Nie jestem w stanie ich zatrzymać nawet gdybym bardzo chciała. Ale mam taką złudną możliwość, żeby chwilami kierować przepływem tej lotnej substancji. I tak planuję sobie ile i gdzie pokierować i zastanawiam się: a gdyby tak przerwać ten rytm i posłać to wszystko jakimiś zupełnie nieznanymi szalonymi kanałami, niech płynie i ludziom radość daje, radość daje..

środa, 10 czerwca 2009

Nie karcę się i nie obwiniam

Byłam w kościele.

Może siódmy, może dziewiąty może liczniejszy raz w życiu. Okazja była radosna. Bliska mi osoba z sobie bliską osobą - wspaniałym człowiekiem - deklarowali sobie miłość na całe życie.

Kapłan oznajmił nam wszystkim, że jesteśmy wielkimi grzesznikami i winniśmy się tłuc w piersi, tak wielkie są nasze winy. Kilkukrotnie przekonywał, że strach i ukorzenie zbliży nas do Boga.
Liczna grupa żywych, szczęśliwych ludzi spuściła smętnie wzrok przyznając się do bardzo wielkiej winy.
Co oni wszyscy takiego złego zrobili?

A ja od wielu lat uparcie i cierpliwie przekonuję swoje niesforne ego, że nie można się tak za wszystko obwiniać, że w życiu trzeba radośnie i otwarcie. Przebaczenie - taka chrześcijańska wartość - zaczynam od siebie.

Dlatego tak bardzo mi nie po drodze do kościoła - idę w przeciwnym kierunku. Czasem odwiedzam tam moich bliskich, ale te miejsca zawsze będą dla mnie chorobliwie chłodne i puste.

niedziela, 24 maja 2009

zmiany na inne.

Coś się zmieniło. Przyjaźnie są coraz bardziej egzotyczne, otwartość i szczerość coraz bardziej luksusowe.

Moja siostra rocznik '80 nie rozmawiała w liceum o seksie, nie wysyłała smsów. Ja do liceum trafiłam cztery lata później. O seksie rozmawialiśmy dużo i w szczegółach. Każdy chciał być otwarty, swobodny. Zachowywanie dla siebie było trochę staroświeckie, pachniało pruderią. Nie wiem, czy to tylko jaskółka czy katalizator. W trzeciej klasie wszyscy już dorobili się telefonów i skończyła się spontaniczność. Niby drobnosta, ale wydaje się mieć znaczenie.

Zadomowiłam się w dużym mieście. Ludzie są tu bardziej dla siebie samych. Pozamykani. Ostrożni. Sparzonymi kubkami smakowymi smakują się pobieżnie, małymi porcjami, nie czując pełni smaku. Wszystko jest tu na chwilę. Związki, praca.. Byle się nie zasiedzieć, bo nie będzie rozwoju, bo potem może być zbyt trudno ruszyć do przodu, bo można się unieruchomić. Nikt nie chce zapuszczać korzeni. Odcinamy linki i fruniemy złudnie swobodnie, pilnując, żeby więzi nie były mocniejsze niż moc ucinania. Wszystko jest na chwilę. Szczęśliwe chwile na chwilę. Pielęgnujemy tę wolność bez smaku, bez głębi, lecąc swobodnie wąsko wytyczonym pasem bez ryzyka, wąskim tunelem, w którym nic nie przytrzyma, zawsze można ruszyć na przód.

Ale nigdy wgłąb i poza.


Mam wielu prawdziwych przyjaciół. Większość poznałam przed 16 rokiem życia. Jestem szczęściarą.

B.